Zakładki:
Http://zielonachmurka.blox.pl/html
czwartek, 20 maja 2010
Wielki Umysł, Wielkie Serce...

Dałam się złapać w pułapkę. Pułapkę racjonalnego myślenia, analizy i logiki.

Są zdarzenia, których nieda się objąć racjonalnym umysłem, a mimo to właśnie to próbuję robić od pół roku... analizować, układać, racjonalizować. Jak to dziś powiedziała moja znajoma, ja to sobie już wszystko poukładałam i przeanalizowałam. Przeprowadziłam dokładną psychoanalizę. Tylko co z tego? Emocje to nie sudoku, zagadki logiczne, czy szachy. Emocje to czysta i pierwotna energia. A czy energię da się przeanalizować, ogarnąć, zrozumieć?

Mam potrzebę nazywania rzeczy, ich porządkowania i szeregowania. Chyba jest to mój sposób na lęk jaki budzi we mnie świat i życie, a raczej stojący za nimi chaos... pozorny czy też nie, nie ma to znaczenia w tej chwili.

Ciąglę się widzę "jakąś" - złą, dobrą, odnoszącą sukces, bądź ponoszącą porażkę. Ciąglę "jakaś" zamiast nienazwana i obecna tu i teraz, dająca sobie w pełni prawo do bycia, życia, oddychania taką jaka jestem, bez żadnych szczególnych cech i osiągnięć. Ani dobra, ani zła... nienazwana, lecz prawdziwie żyjąca.

Czemu tak trudno jest być obecnym, nienazwywającym, niewprowadzającym podziałów i wartości? A nawet jeśli już taka jest moja ludzka natura to czemu tak trudno mi się od tego zdystansować?

Wciąż jest we mnie lęk, który nie pozwala otworzyć puszki Pandory przeszłości. A puszka ta powoli coraz bardziej pęcznieje. Czuję ten napór kotłujących się emocji... głównie smutku, strachu przed samotnością, złości...

...niełatwo jest odgrwać rolę Dzielnej Dziewczynki, którą sobie narzuciłam. Takiej co to nie ryczy, gdy skaleczy kolano tylko dzielnie maszeruję do apteczki po jodyne i plaster, i się nawet nie poskarży, że ją coś boli chociaż boli jak nie wiem co...

Trudna jest rola Dzielnej Dziewczynki, jak i jej całe życie, gdzie na każdym kroku musi sama sobie udawadniać, że zasłużyła dziś swoją dzielnością na kolejny dzień swej egzystencji, bo trudno jest jej wierzyć, iż ma prawo żyć i to szczęśliwie tak po prostu...

Trudne jest życie Dzielnej Dziewczynki... chociaż czyje nie jest?

wtorek, 11 maja 2010
Względność czasu i przestrzeni

Chwilkę mnie nie było. Odreagowywałam w innym czasie i przestrzeni.

Potrzebowałam tego. Nie powiem. Nie udało mi się zatrzymać. Wręcz przeciwnie, przez ostatnie 2 tygodnie wypiłam więcej kawy niż to czynię zazwyczaj siedząc przed monitorem komputera w pracy. Mimo to było warto. Szkoda mi było każdej chwili... w ogóle szkoda mi czasu na sen, szkoda życia na bezczynne siedzenie... no z pewnym wyjątkiem....

Czas mija tak płynnie, że jakoś przepłynęły koło mnie kolejne "znaczące daty" ... nasza rocznica, której już nigdy nie będzie (byłaby 3), pół roku od kiedy ostatni raz widziałam mojego Wilka idąc spać...

Dziś dopadła mnie nostalgia i tęsknota. Za Nim, za wszystkim co z nim związane. Zarówno za tym co mnie cieszyło, jak i za tym co denerwowało. Mam w okół siebie bliskie mi osoby, a jednak, to nie to samo...

Świat idzie dalej, ja z nim ale bez Niego.

Mimo, iż już od pół roku idę sama to wciąż czuję jakbym sama nie była. Wciąż czekam, tylko nie wiem na co? Na to, że wróci? Na to, że obudzę się z tego snu?

Ostatnio brałam udział w dyskusji na temat zmieniania perspektyw z jakich patrzymy na świat, a także na temat tego jak bardzo odbieramy życie przez pryzmat "naszych" historii. Mój problem, jeśli mogę to określić problemem, polega na tym, iż niewierzę w "swoją" historię. Jest ona tak absurdalna i niedorzeczna, że nie potrafię w nią uwierzyć. Jak ktoś tak po prostu może wyjść z domu i już zwyczajnie nie wrócić? Jak to możliwe, że tak stało się w przypadku człowieka z którym miałam spędzić resztę życia? To wyłamuję się logice mojego rozumu, który tłumaczy to sobie w kategoriach rozstania... zwyczajnie się rozstaliśmy i On poszedł swoją drogą.... już nie wiem co jest bardziej absurdalne, sytuacja która miała miejsce, czy wytwory mego "logicznego" umysłu....

 

piątek, 16 kwietnia 2010
S.Dreams...

...I choose not to be afraid to be great,

not to be late, to cross any gate that opens only once in a lifetime

and there's usually no time to think twice....

sobota, 10 kwietnia 2010
piaskiem w oczy

Cały dzisiejszy dzień chodziłam bliska płaczu.

Nigdy nie byłam bardzo zaangażowana w sprawy polityczne, często nie pochwalałam poczynań wielu z wymienianych dziś w mediach osób, ale ogrom ... a raczej absurd dzisiejszego wydarzenia uderzył we mnie z siłą, której nigdy bym się nie spodziewała.

Dramat rodzin... wieluset osób, ogólny smutek i przygnębienie. Czuję to każdą komórką mojego ciała, każdym jego pierwiastkiem i atomem. Chodziłam dziś ulicami mego miasta z łzami w oczach, jak gdyby ktoś sypnął mi w nie piaskiem. Patrzyłam po twarzach mijanych ludzi szukając tego co kotłuje się we mnie... może za słabo szukałam? A może fakt, iż sama kogoś straciłam bardziej wyczulił mnie na tragedie innych ludzi, nawet tak mi odległych?

Nieustannie powracają do mnie myśli na temat tego co przeżywają najbliźsi osób, które zginęły pod Smoleńskiem; strachu jakiego musieli doświadczyć wszyscy w samolocie, gdy zrozumieli, że to już koniec; strachu oficerów stojących nad dołami w lesie Katyńskim a także tego co przeżywał Mój Wilk Stepowy w ostatnich sekundach swego życia, kiedy zrozumiał...

Nie potrafię teraz o tym pisać, myśleć, być z tym. Nazbyt mnie to przeraża i przerasta. Odstawiłam leki by zmierzyć się z rzeczywistością... niewiem czy nie nazbyt pospiesznie. Z drugiej strony najpewniejsze w życiu to jego nieprzewidywalność. Nie da się wiecznie tkwić pod kloszem, szczelnie owiniętym poduszkami. Życie to ryzyko, a ryzyko to życie. Nie ważne czy wychodzi się z domu do sklepu obok, czy wsiada do samolotu...

Jedyne co jest pewne, to brak jakiejkolwiek pewności;

Jedyne życie jakie mamy to, to które jest tu i teraz
z całą gamą niebezpieczeństw i radości jakie z sobą niesie;

Jedyne co możemy robić...

...to świadomie żyć.

poniedziałek, 29 marca 2010
Gniew

Ostatni temat z którym chciałam się jeszcze dziś rozprawić to Gniew.

Jest to temat, który pojawił się na początku mijającego już tygodnia w trakcie rozmowy z moim lekarzem. Z resztą nie był On pierwszą osobą, która podniosła tę kwestię. Już dobrych parę miesięcy temu znajoma z pracy powiedziała, że widzi we mnie sporo gniewu.... nie rozumiałam dokładnie o co jej chodzi, a może rozumiałam tylko nie chciałam się do tego przyznać?

No, bo jak mogę się na mojego Wilka gniewać? Za co? Kiedy właściwie nigdy nie będzie wiadomo, co dokładnie wydarzyło się tamtej nocy. Jak mogę być na Niego zła, jeśli On nie zawinił? Jeśli to ktoś przyczynił się do Jego odejścia. Czy łatwiej byłoby mi funkcjonować, gdyby stwierdzono, że to była Jego własna decyzja?

Zastanawiałam się trochę nad tym i chyba nadal nic mądrego nie wymyśliłam.

Może pozwoliłoby mi to zakończyć nasz związek z "czystym sumieniem"? No, bo skoro on zdecydował się na taki krok oznacza to, iż nie był on dla niego wystarczająco istotny. Jednak czy mogę tak twierdzić??? Rozum osoby, która targa się na własne życie funkcjonuje zupełnie inaczej niż mózg przeciętnej osoby. Czy w takim razie mogę mówić, iż ewentualnie taki czyn był w pełni świadomą decyzją???

Widzę teraz, że prowadząca mnie psycholog miała rację mówiąc, iż dopóki nie uporam się z tematem okoliczności śmieci Wilka, dopóty będę stała w miejscu i dreptała. Ale chyba, na chwilę obecną nic innego mi nie pozostaje. Nie potrafię, niechcę, boję się (???) zrobić krok naprzód.

Nie umiem być zła na Niego. Jestem zła jedynie dlatego, że nie umiem być zła; że nie umiem się odblokować, odetchnąć głębiej. Pozwolić sobie na życie dalej bez Niego, chociaż z pamięcią o Nim i o tych wszystkich darach, które od Niego otrzymałam.

"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy (...)

(...) chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzec
kochamy wciąż za mało i stale za późno"

Ks. Jan Twardowski (http://www.fuw.edu.pl/~jziel/spieszmy.html)

Jak mogę być zła? Jak mogę czuć złość do kogoś kto odmienił moje życie?

Jak mogę być zła nie słusznie? Na co, na kogo mam być zła nawet jeśli wewnątrz mnie jest złość i żal za odebraną intymność partnerskiej relacji, czułość objęć i słów, a także poczucie bezpieczeństwa i stabilności?

niedziela, 28 marca 2010
Resurrectio

Niedziela palmowa, początek Wielkiego Tygodnia.

W tym roku jest to dla mnie czas szczególny.

Odeszłam od Kościoła jaki znamy w naszym kraju. Nie umiałam znaleźć tam swojego miejsca. Dręczyło mnie ciągłe poczucie winy, że nie umiem czuć, że ciągle coś mi przeszkadza w tym wszystkim co serwuje się nam w kościele, w katolicyźmie.

Dziś zobaczyłam, że musiałam odejść, by przyszła Ta Palmowa Niedziela. Bym mogła dojrzeć, nie w kościele, lecz w sali teatralnej, poprzez wiersze Pierwotną Prawdę. Mianownik wspólny wszystkiego co żyje, wszelkich koncepcji. Nie umiem i nawet nie podejmę próby nazwania tego co się we mnie pojawiło. Potrafię tylko powiedzieć, iż wiąże się to z wielkim uczuciem ulgi... wszechogarniającej ulgi, spokoju i radości.

Nic nie jest oddzielone, bo wszystko jest Jednym.

Kiedy czytałam tego typu zdania w kolejych książkach o Zen, nie rozumiałam. Dziś słuchając wierszy o bólu, przemijaniu, obserwacji cierpienia ukochanej osoby, śmierci. Dziś zrozumiałam. Przynajmniej na ową chwilę zrozumiałam, że są stany, których istnienie przeczuwałam, wspólne dla wszystkich tradycji, kultur i wierzeń.

Wszystko co nas otacza jest metafizyczną Jednością, to tylko my z naszymi umysłami wprowadzamy podziały poprzez nazywanie. Musimy, inaczej ciężko było by nam funkcjonować, jednak nazwyając od tylu tysięcy lat zapominamy o początku.

"Na początku było słowo..." pisze św. Jan (J 1, 1). Ja bym to z parafrazowała:
Na początku była Jedność...w niej się wszystko zawiera i nie ma nic poza nią. Niby to samo a jednak, jak by z biegiem czasu w naszej zbiorowej świadomości zatarł się ten metafizyczny aspekt.

Podobnie rzecz się ma ze Zmartwychwstaniem. Daleko mi do powrotu na łono "Matki Kościoła", ale widzę nadchodzący czas w daleko szerszym kontekście, niż dotychczas. Na podstawowym poziomie, to dobrze, że chrześcijaństwo daje nadzieję na ponowne spotkanie z ukochanymi ludźmi. Dla pewnego grona ludzi to wiara pomagająca żyć dalej, funkcjonować i w tym kontekście cudownie spełnia swoje zadanie.

Dla mnie chodzi tu o coś innego, o przeistoczenie... przekroczenie pewnej granicy, rzeki, pójście dalej.

Noli me tangere... chyba stanie się to moją myślą przewodnią na najbliższy czas i w kontekście nauki odpuszczania, jak i przeżywania swego życia.

Nie zatrzymuj mnie

Nie zatrzymuj ludzi, rzeczy, miejsc, zdarzeń

Nie zatrzymuj się, gdyż nic nie jest stałe.

Śmieszy mnie to niesamowicie, że by zrozumieć Pismo Święte i greckich filozofów musiałam odejść od europejskiej kultury i zwrócić się ku mądrości Dalekiego Wschodu. A tu cóż? Na dobrą sprawę nie mówią mi nic innego?!

Nie ma nic poza Tobą na czym mógłbyś się zawiesić. Nic trwałego w czym mógłbyś pokładać zaufanie. Przeszłość dawno już minęła, przyszłość jeszcze nie nadeszła, nawet teraźniejszość nie jest pewna, gdyż w momencie, gdy o niej się mówi już staje się przeszłością.

Czy świadomość tego nie jest wyzwalająca?

Dla mnie jeszcze niezawsze, ale są takie chwile jak ta, w której świadomość dynamiki życia i braku jakiejkolwiek stagnacji pozwala wziąć głębszy oddech....

 

....jejku, nie miało być tak długo...

Nauka odpuszczania...

Przyglądam się sobie i nie mogę się nadziwić. Ile jest we mnie napięcia, ile dążeń i lęku.

O ile swobodniejsze może być życie, kiedy umie się zwyczajnie odpuszczać. Nie trzymać kurczowo zdarzeń, miejsc, koncepcji, ludzi... chyba z ludźmi jest najtrudniej. Dać im i sobie przestrzeń na bycie takimi jakimi są, z takimi potrzebami jakie mają. Cieszyć się faktem, że miało się okazję ich spotkać na swej drodze i tyle.

Nie oczekiwać, nie kombinować, nie snuć dziwnych wizji.

Życie i tak jest bardziej zaskakujące niż nasze najdziwniejsze fantazje.

Taka piękna idea, a taka trudna do wprowadzenia w życie. Przynajmniej w moje.

Nie chce już z sobą walczyć.... chce płynąć

Chce cieszyć się każdym spotkaniem, każdą chwilą, każdym oddechem... życiem które mam

Noli me tangere

Noli me tangere

Noli me tangere

Ciągle w biegu...

Tyle w koło się dzieję. Praktycznie każdy dzień przynosi jakieś nowe refleksje na rozmaite tematy, ale z powodu tempa jakie sobie narzuciłam nie mam nawet chwili by na bieżąco przepracować wszystkie nurtujące mnie tematy. Nawet dziś nie byłam wstanie zebrać się do pisania wcześniej niż późnym wieczorem....

Ponieważ w tym tygodniu przewinęło się przez mnie kilka tematów chciałabym poświęcić każdemu odrębny post, żeby nie mieszać potencjalnym czytelnikom i samej sobie. Ponieważ w życiu lubię sobie wszystko utrudniać, chociaż tu spróbuję być bardziej poukładana :)

Tyle tytułem wstępu, czas przystąpić do rozpraw z samą sobą i przestrzenią.

xxx

Pędzę i nie umiem się zatrzymać... a może nie chce?

Bardzo możliwe, że ten wir pozwala mi nie pamiętać...

możliwe że pozwala mi siłą rozpędu iść dalej...

możliwe że jest to obrona przed lękiem.

Boję się zatrzymać. Bezruch mnie przeraża i mrozi od czubków włosów aż po kości. Dlatego biegnę dalej, choć moje ciało już ostro protestuje mimo, iż nie wyrabiam już na zakrętach....
Na chwilę obecną nie potrafię funkcjonować inaczej, nawet gdybym chciała nie potrafię...

Czy uciekam?

Bardzo prawdopodobne. A wręcz, nie ulega to wątpliwości.

Doskonale wiem przed Czym uciekam, jednak nie pozwala mi to zatrzymać się, obrucić się i spojrzeć prosto w oczy mojemu lękowi, mojej zmorze. Chce przebiedz ten czas, chcę by minął bez mojego udziału. Chce być ponad czasem, poza czasem. Wtedy nie musiałabym przechodzić przez kolejne etapy... etapy żałoby...

Coraz częściej czuję irracjonalność całej sytuacji. Żyję siłą rozpędu, poza momentami, kiedy zderzam się z jakimś wspomnieniem, miejscem gdzie chadzaliśmy razem, obrazem z przeszłości. Wtedy znów ogarnia mnie to przedziwne uczucie "irracjonalności", zagubienia.

Nie lubię tego, nie umiem z tym być. Chociaż wiem, że dopóki nie stawie temu czoła, dopóty nie przejdę kolejnej rzeki na Drodze...

niedziela, 14 marca 2010
Szaleńczy pęd...

Co robić by nie czuć?

Otóż, owijasz szczelnie swoje emocje kilkoma warstwami myśli codziennych, uszczelniasz dużą liczbą zajęć, wyjazdów, warsztatów i ozdabiasz kolorowymi spotkaniami z przyjaciółmi. Efekt murowany. Dodatkowo w celu upewnienia się, że aby na pewno, żadne uczucie nie wymknie się z tak szczelnie utkanego kokonu możesz go jeszcze otoczyć myślowymi spekulacjami, fantazjami i przytopić w półsłodkim czerwonym winie...

Tak w skrócie można podsumować moje ostatnie 2 tygodnie życia.

Skutecznie oszukiwałam i nadal się oszukuję, że najtrudniejsze już za mną. Że zaczynam żyć dalej.... Bzdura. Jak wielka jest to bzdura uświadomiłam sobie dziś podczas rozmowy z psychologiem. Pęd, zajęcia, spotkania... to wszystko nie było, nie jest objawą poprawy lecz ucieczki od bólu i smutku po utraconym życiu.

Mój umysł fantastycznie wynajduję sobie substytuty. Wszystko by tylko nie "być" z tym co jest. Wszystko byle tylko przyspieszyć czas nadejścia kolejnego etapu. A tak naprawdę powoduję to, że etap ten jeszcze bardziej się oddala...

Najgorsze są natarczywe myśli, które ostatnio mnie nękają dotyczące pewnego faceta. Dziwnie pisać mi "facet", ale "chłopakiem" to on już nie jest. Człowiek z zupełnie innej bajki niż moja, znajomy z przypadku. Jednak mimo, iż jesteśmy praktycznie nieznajomymi wykonał on bardzo dużo sympatycznych gestów w moim kierunku, co nie daje mi spokoju. Czemu?

Więszość czasu na dzisiejszej sesji przegadałam z psychologiem na ten temat. Czemu obcy mężczyna jest dla mnie taki miły? Czy coś za tym stoi? Czemu tyle o tym rozmyślam? Po co szukam z nim kontaktu, mimo, iż wiem że to zupełnie bezcelowe i bezsensowne? Aż tak bardzo nie chce czuć? Aż tak bardzo chcę upodlić samą siebie w swoich oczach? Aż tak bardzo boję się tego z czym muszę się skonfrontować - pustką po utracie mojego Wilka Stepowego, a przede wszystkim okolocznościami tej utraty?

Najgorsze nadal przede mną... tylko opóźniam to co musi się przez mnie przetoczyć, bym znów mogła zapłakać.....bym kiedyś mogła zacząć oddychać tak jak w tym minionym życiu, które skończyło się wraz z mglistym, listopadowym porankiem...

Ostatnio sporo we mnie buntu, co automatycznie odzwierciedla się w tym czego słucham...

...tylko przeciwko czemu się buntuję?

xxx

Miałam ostatnio okropny sen. Wilk wrócił, żył a mnie było okropnie niezręcznie, bo wydałam jego rzeczy. Nie miał butów, ani ulubionych podkoszulek....

...to był bardzo paskudny sen.

Teraz na pewno nie wydam jego rzeczy..... a może powinnam? Może powinnam schować zdjęcia? Jestem z kimś kogo już nie ma i nie potrafię się z tym ułożyć.... za nic nie potrafię.

piątek, 05 marca 2010
4

Dziś mijają cztery miesiące od dnia, w którym zaczął się koszmar:4 tygodnie okropnej niepewności ale i nadzieji, oraz 3 miesiące próby zrozumienia jak? czemu? po co?

Dostałam pismo z prokuratury informujące o zamknięciu sprawy. Niby nie powinnam być zaskoczona, żadnych świadków, śladów, poszlak... jedyne możliwe wytłumaczenie nadano już na samym początku, gdy Go znaleźli... Nieszczęśliwy wypadek, bądź samobójstwo... ani jedno, ani na drugie nie było we mnie zgody. Z resztą nie uważałam to za najistotniejszą rzecz na ową chwilę. To co najgorsze dla mnie stało się faktem. 3 miesiące temu w ten sobotni wieczór mój własny ojciec stał się posłańcem wieści, która zniszczyła cały mój dotychczasowy świat. Wszystko rozpadło się w drobne kawałeczki obmywane ulewą łez i dławiące moją klatkę piersiową. Mój własny ojciec musiał mi to przekazać... Własny ojciec uświadomił mnie, że już nigdy nie wtule się w Jego ramiona, już nigdy się z Nim nie będę kłócić, kochać Go i denerwować się na Jego stoicki spokój. Nigdy więcej. Jakie to okropne uświadomić sobie, że nie było się wystarczająco uważnym, wystarczająco obecnym w tych ostatnich godzinach i minutach...

Dziś, wydaje mi się, że to co działo się 3-4 miesiące temu jest tak dziwnie odległe, mnie nie dotyczące... a jednak zdarzyło się i sprawiło, że nic nie będzie już takie jak kiedyś. Definitywnie przekroczyłam rzekę, przy brzegach której dreptałam tyle lat. Teraz muszę iść dalej bez Niego, ale i z Nim. Duchowo, psychicznie czy metafizycznie On zawsze będzie ze mną.

Nie płaczę już w poduszkę, nie zwijam się z wewnętrznego bólu w kłębek. Wstaję rano, idę do pracy, spotykam się ze znajomymi. Niby nic niezwykłego, ale jednak jest w tym wszystkim coś czego nie było wcześniej. Próba, na razie nieśmiała, bycia świadomym każdej chwili. Próba utrzymania jak najżywszej pamięci o Nim. O tym jaki był i jaki nie był, o tym jakie było to nasze MY...

Niedawno spotkałam się z Jego kolegami. Już dawno nie rozmawiałam z nikim tyle o Nim, o tym co się zdarzyło i co się mogło zdarzyć. Myśl, że mógł to sobie sam zrobić okropnie boli. Głownie dlatego, że egocentrycznie odbieram to jako własną porażkę, iż nie byłam wystarczająco uważna i przewidująca, że nie umiałam dać Mu czegoś, co by Go zatrzymało...

Dużo jest we mnie pretensji do siebie, ale pewnie i do Niego także głównie dlatego, że TO miało być już właśnie TYM! Miało być mieszkanie, dzieci które miał uczyć gry na gitarze, gdy podrosną... TO miałobyć TYM, a stało się NICZYM. Pustką i smutkiem.

Jak oddychać, gdy odebrano Ci powietrze?

Co czuć, gdy mimo to, ku twemu zdziwieniu, możesz oddychać?

Jak się nie winić o to, że żyjesz dalej i podziwiasz refleksy zachodzącego słońca na murach kamienic?

 
1 , 2